Ceny sukien ślubnych

Panny Młode, które rozpoczynają swą przygodę z poszukiwaniem wymarzonej sukni, często zaskoczone są ich wysokimi cenami. Tak, w salonach z reguły ceny są wysokie. Istnieją oczywiście sposoby na obniżenie tego kosztu, o czym było już tutaj  lub tutaj .

W tym artykule zajmiemy się jednak wyjaśnieniem, skąd się biorą tak wysokie ceny sukien ślubnych.

Cena = Zysk + Koszty

Większość z PM sądzi pewnie, że salony zarabiają kokosy i „żerują” na nieświadomych PM. Prawda jednak nie jest tak oczywista. Faktycznie, koszt zakupu sukni przez salon to często jedynie ok. 40% ceny, którą płaci klientka. Ale koszty prowadzenia salonu także są wysokie. Dochodzi podatek od sprzedaży, VAT (który zżera mnóstwo zysku) i różne inne koszty zmienne (woda, prąd, ogrzewanie, środki czystości itp.). Księgowość, usługi prawne, IT, zarządzanie social media, marketing, reklama.  To są koszty, które generują narzucenie dodatkowych 20% do ceny sukni.

I jeszcze większe od powyższych – koszty stałe. Suknie zajmują mnóstwo miejsca, więc lokal nie może być mały. A najem powierzchni to duży koszt, szczególnie w większych miastach. Dojdzie zatem jeszcze kilka tysięcy miesięcznie.

No i największy koszt – koszt pracy. I tu pies pogrzebany. Bo oczywiście każda klientka uważa, że niemoralnym jest pobieranie od niej jakiejkolwiek opłaty za samo przymierzanie sukien. Z drugiej strony nie zdaje sobie sprawy jak wiele godzin muszą poświęcić pracownicy salonu na same obsługiwanie klientek (nie mówiąc o pozostałych obowiązkach). A jeszcze z trzeciej strony, większość społeczeństwa domaga się podwyższania płacy minimalnej i „stabilności pracy” w postaci obowiązku zawierania umów o pracę (w przeciwieństwie do umów cywilno-prawnych, np. umowy zlecenia). Drogi pracownik to drogi produkt. Upraszczając, bo oczywiście dochodzą kwestie wydajności pracy itp, ale to już temat na inny artykuł 🙂

Zysk = Ilość sprzedaży

Wróćmy więc do sukien. Jedyny zysk salonu jest wtedy, kiedy suknię sprzeda. Pracownicy nie są opłacani przez klientów za czas pracy a jedynie za ilość sprzedanych sukien. Natomiast właściciel salonu musi wypłacić im honorarium właśnie za czas pracy, nie tylko za ilość sprzedanych sukien. Także oczywistym jest, że musi oszacować wskaźnik ilości czasu pracy do ilości sprzedanych sukien i pomnożyć go przez jakąś stawkę. Tą stawkę dołoży do ceny każdej z sukien.

Ach, odpierając od razu zarzuty czytelników 🙂 Proszę mi wierzyć, złota rada w postaci „staraj się bardziej, to więcej sprzedasz” akurat w tym biznesie nie działa 🙁 Rozbuchany do czerwoności temat „ślub” wywiera presję, by przymierzać i przymierzać i przymierzać. Nawet, jeśli znalazło się już coś fajnego. „Jedyny dzień”, „TA suknia” itd. Trudno nie poddać się presji otoczenia, trudno też odmówić sobie bycia w centrum uwagi dopóki przymiarki trwają 🙂 Mogłabym wymieniać i wymieniać sytuacje, w której PM jest zachwycona suknią, ale słyszę „no tak, ale ja tak mało jeszcze przymierzyłam.” Więc – niestety nie, wskaźnika nie da się podnieść powyżej pewnego poziomu, nawet bardzo się starając.

Opłacalność

Koszty stałe (najmu i pracy) to dodatkowy narzut ok. 30% do ceny sukni. I, jak sama nazwa wskazuje, są to koszty ponoszone niezależnie od ilości sprzedanych sukien. W „martwym” sezonie też muszą być ponoszone. Nie da się zamknąć salonu np. na 2 miesiące. Jest to ani opłacalne ze strony biznesowej (np. koszt poszukiwań nowych pracowników i nowego lokalu), ani możliwe ze strony prawnej (np. nie można też zawiesić działalności zatrudniając innych).

Podsumowując, 40% to cena kupna sukni, 20% to koszty zmienne, 30% to koszty stałe. Daje to razem 90%! Ile z ceny sukni ślubnej zostaje dla salonu? Ok. 10%. Czyli jedynie kilkaset złotych.

A teraz zastanówcie się, ile musielibyście zarabiać, żeby skompensować wzięcie na siebie ryzyko i stres związane z własną działalnością, gdzie odpowiadacie za wszystko CAŁYM waszym majątkiem (też osobistym) i poświęcacie często dużą część czasu prywatnego? 🙂